Masaż miodowy
Numer: 15/1997
Autor: Dorota Zielinska
Strona: 3
Im głębiej pogrąża się w zapaści służba zdrowia, tym lepiej prosperują cudotwórcy. Żeby leczyć ludzi dowolnymi sztuczkami, czasem z pogranicza medycyny oficjalnej, czasem jawnie szarlatańskimi wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą. Albo i nie.
Tybet nad Wisłą
Reklamujący się w gazetach lekarz z Tybetu wygląda na Mongołkę. Od czasu do czasu wymykają jej się pojedyncze słowa w obcym języku, nie tybetańskim wszakże, lecz rosyjskim. W gabinecie rzuca się w oczy stetoskop, leżanka z brudnym ręcznikiem i masa ziół w pudełkach, w tym wyroby swojskiego "Herbapolu". Poczuliśmy się dumni, że polskie zioła zasilają medycynę tybetańską.
Na początek kobieta Orientu każe nam zdjąć zegarek. Bierze za przeguby rąk i długo trzyma, lekko przy tym
naduszając. To tajemnicze badanie, plus krótkie oświadczenie pacjenta, że boli go kręgosłup w okolicy szyi całkowicie wystarcza, aby lekarz z Tybetu wziął się do dzieła.
Obala nas na leżankę i masuje, powtarzając wesoło: Będzie dobrze, pani.
Pacjentka: Auuu!
Powtarza również uporczywie: Razłożyć się choć ofiara już leży, jak pies Pluto pod stołem.
Pstryka zapalniczką i przyczepia nam do pleców "suche bańki", które, niestety, parzą. Lekarz z Tybetu wmawia nam, że cierpimy na "zastoj krwi" i "pokurcz mięśni". W efekcie tych zabiegów dolny odcinek kręgosłupa, który przedtem był w porządku, boli jak cholera. Azjatycka masażystka tłumaczy, że ból przesunął się z góry na dół. Jeszcze piętnaście takich seansów i zejdzie aż do nóg, po czym całkowicie opuści nasz organizm.
W przerwach między masażami mamy pić zioła z trzech torebeczek, oznakowanych literami "K", "N" i "Z". Torebeczki są już gotowe, gdyż pani Ania z recepcji domyśliła się telepatycznie, co też lekarz z Tybetu nam zaordynował. Uwaga: podczas kuracji magicznymi ziołami nie wolno wziąć do ust kropli alkoholu! To nas do reszty zniechęca do medycyny tybetańskiej.
Ciężki przypadek
W dość obleśnym mieszkaniu na Powiślu urzęduje niekonwencjonalny lekarz z Azerbejdżanu, który sobie tylko znanym sposobem poprawia ludziom wzrok. Ma świdrujące spojrzenie, czarną brodę i sweter z owczej wełny.
Przez jakiś czas lekarz z Azerbejdżanu mruczy w obcym języku, wpatrując się w nas hipnotycznie. Każe nam zamknąć oczy i przystępuje do tajemniczych zabiegów leczniczych.
Gryzie nas ciekawość, więc ostrożnie uchylamy jedno oko. I cóż widzimy azerski medyk szaleńczo wymachuje rękami! On jednak widzi, że go podpatrujemy i wpada we wściekłość. Historia powtarza się parę razy: on macha, my podglądamy, on dziko wrzeszczy, żeby nie podglądać. Wreszcie wciska nam palce w oczodoły, silnie dusi i nakazuje czytać litery z tablicy. Wytężamy wzrok, lecz i tak "E" myli nam się z "F".
Kaukaski okulista stanowczo żąda, żebyśmy nie nosili okularów, a nazajutrz znów się do niego zgłosili. Gdy jednak składamy mu następną wizytę, trochę mruczy, trochę macha rękami, po czym stwierdza, że nic się nie da zrobić.
Przecież od razu mówiliśmy, że mamy minus siedem dioptrii!
Elektryczny magik
Ogłoszenie "psychoenergoterapeuta nerwice, lęki, problemy" zwabiło nas aż na Służewiec. Psychoenergoterapeuta, w skrócie psychol, jest młodym facetem w czerwonej koszuli. Srebrny sygnet w formie skręconego węża i złota bransoleta z wyrytymi znakami (kabalistycznymi?) nadają mu niezbędny rys magiczny. O kwalifikacjach psychola świadczy dyplom na ścianie: "Energia Absolutna Stopień Pierwszy".
Mag sadza nas na fotelu, sam zaś ukrywa się za węgłem, skąd dobiegają odgłosy ciamkania i bulgotania. Nie wiemy, czy warzy magiczne napoje, czy po prostu spożywa spóźnione śniadanko. W końcu wyłania się z czeluści swego apartamentu i ma dla nas dobrą radę: zaburzeniami nerwicowymi nie należy się przejmować. Oprócz rady ma jednak różne pomysłowe urządzenia i żadnego nam nie oszczędzi.
Najpierw kładziemy się na łożu z materacem gimnastycznym, a psychol puszcza jakieś nagranie. Na taśmie chlupocze woda, ćwierkają ptaszki i przemawia męski głos z przydechem: Skoncentruj się na punkcie poniżej pępka. Powietrze wchodzi do twego brzucha. Energia wypełnia twój brzuch. Czujesz gorąco w brzuchu...
Jakaś obsesja z tym brzuchem! Kilkanaście razy głos z taśmy nakazuje nam "puścić napięcia". Chętnie byśmy puścili, ale dobre wychowanie nas powstrzymuje.
Na stół wjeżdża coś w rodzaju diabelskiej łapy, dzierżącej w czarnych szponach szklaną kulę. Minęły czasy, kiedy wróżka odczytywała z takiej kuli przyszłość! Nasz magik podłącza kulę do prądu i każe nam kłaść na niej dłonie. W środku świeci czerwona żarówa, wokół której pełgają niebieskie błyski. Dowiadujemy się tylko tyle, że jest to kula energetyczna.
Urządzenie lecznicze nr 2, to czarne pudło z guziczkami i pokrętłami. Psychol przylepia nam do rąk brudne plastry, do nich zaś podłącza elektrody. O, nie! Aplikuje nam elektrowstrząsy!!! Manipuluje pokrętłami dawkując napięcie i częstotliwość. Boli? uśmiecha się złośliwie. Niemożliwe, żeby bolało!
Żeby się nie przemęczać, nasz oprawca ustawia autopilota i wychodzi z pokoju, a my przez pełne 20 minut obserwujemy drgania rażonych prądem mięśni niestety, naszych własnych.
Po tej wizycie nabawiliśmy się nowych zaburzeń: widok faceta w czerwonej koszuli wprawia nas w silny stan lękowy.
Pies Pawłowa
Do Centrum Psychobiokorekcji profesora (?) Niekrasowa zwabiło nas ogłoszenie: "Alkoholizm. Palenie. Otyłość. Leczyć. Zapobiec". Alkoholizm nam nie przeszkadza, ale ohydny nałóg palenia owszem.
Profesor wsuwa nam na dłoń obręcz połączoną z urządzeniem, które coś mierzy. Dokłada do tego opaskę
na szyję i obręcz z magnesami na głowę. Tajemnicze urządzenie wykazuje, że zamiast
100 punktów, jakie powinien mieć normalny człowiek, mamy raptem 20. Pani nerwowa, a? pyta przedstawiciel nauki rosyjskiej.
Wsadza nam do nosa pałeczki z watą nasączoną jakimś pachnidłem. Wystają z nosa na jakieś 5 cm. W uchu umieszcza mały kawałek metalu na plasterku. Siedząc na krześle, przy pomocy profesora ćwiczymy głębokie wdechy i wydechy (do tyłu wdech, do przodu wydech). Potem to samo na stojąco. Profesor nas asekuruje. Pod jego biurkiem coś szumi. Morskie fale objaśnia psychobiokorektor.
Wreszcie wyjmuje nam z nosa patyki i prowadzi do sąsiedniego pokoju. Jest ciemno, błyskają dwie lampki i kręci się świecąca kulka. Nakłada nam na głowę kawałek folii z podkładkami, pobudzającymi podobno organizm do produkcji hormonów, których pozbawił nas barbarzyński nałóg. Z magnetofonu leci nagranie hipnotyczno-sugestywno-relaksujące. Hormony zaczynają w nas buzować.
Folia z głowy i do gabinetu profesora. Tu z kolei podłącza się nas do prądu, po czym wciska do ręki atrapę
papierosa. Kilka błysków i bodziec elektryczny kop w skroń, ucho oraz wnętrze ust. Zdaje się, że w ten sposób wielki Pawłow tresował psy.
Koniec! Asystentka wręcza nam kasetę "uzdrawiające dźwięki", zestaw ziół, tabletki oraz instrukcje. Uzdrawiające dźwięki wydaje sam profesor Niekrasow, przemawiając z ruskim akcentem: Napięcie mięśni ustępuje... Wszystkie myśli są nieważne... Nie masz żadnej chęci do ruchu... Z wyjątkiem sięgnięcia po papierosa.
Na węch
Aromaterapia leczy zapachami. Zwłaszcza bolesną menstruację, opryszczkę, łupież, stresy, reumatyzm,
żylaki, kamicę i złamania kości. Po ostatnich doświadczeniach wydało nam się to sympatyczne i w miarę
bezpieczne.
Dyplomowany aromaterapeuta z ogłoszenia składa pacjentom wizyty domowe, uzbrojony w torbę z olbrzymią liczbą buteleczek. Co buteleczka, to inna woń. Preparuje lek na naszą nerwicę, podsuwając nam pod nos kolejne buteleczki i każąc wybierać aromaty, które nam dobrze robią. Węszymy więc intensywnie przez dobrą godzinę, ale gdzieś przy dwudziestej buteleczce mylą nam się zapachy, a przy czterdziestej w ogóle tracimy powonienie. Mimo to zapachowiec sporządza specyfik, którym mamy co rano smarować twarz. Dodatkowo robi nam masaż wonnym olejkiem, tłumacząc, że dobroczynny zapach powinien wnikać przez całą skórę.
Efekt jest wstrząsający: nasze koty dostają szału od tej woni. Ludzie w naszej obecności też dziwnie węszą.
Smarowanie miodem
Centrum Medycyny Naturalnej Fundacji im. Prymasa Tysiąclecia oferuje homeopatię, irydodiagnostykę czytanie chorób z tęczówki oka, ręczne ustawianie kręgów w kręgosłupie itd. Nie gardzi też urządzeniami znanymi medycynie nienaturalnej, czyli konwencjonalnej np. laserem. Nas jednak najbardziej zaciekawiło leczenie za pomocą pszczół i ich produktów, zwane apitoterapią.
Szef Centrum, Janek Majorek, podkreśla, że pod tym względem są jedyni w Polsce. Podobno w Kazimierzu jakiś lekarz wykorzystuje wielokrotnie każdą pszczołę. U Janka Majorka są pszczoły jednorazowego użytku. Przyduszona przez ruską treserkę pszczoła wbija żądło w starannie wybrany punkt na ludzkim ciele, po czym zdycha. Tresowane pszczoły leczą w ten sposób wieńcówkę, nadciśnienie, zapalenie oskrzeli, impotencję, a nawet bezpłodność.
Jeszcze lepszym wynalazkiem wydał nam się masaż miodowy, czyli smarowanie pleców miodem. Według Janka Majorka, zabieg ten usuwa z organizmu wszystkie ukryte w nim toksyny. Na plecach bowiem znajdują się receptory powiązane z organami wewnętrznymi. Rozgrzany miód z receptorów przenika w głąb organizmu, po czym zastyga. Teraz wystarczy, by ruska masażystka zerwała plaster miodu, a razem z nim wyciągnie toksyny, od czego poczujemy się jak nowo narodzeni, więcej nawet jak poczęte dziecię.
Pacjentom, którzy pragną odzwyczaić się od picia, palenia, obżarstwa, ćpania, obgryzania paznokci lub innych nałogów, Centrum oferuje odwyk filmowy. Leczniczy film wydaje się kompletnie bezsensowny: na ekranie migają jakieś mazepy o kształtach, z grubsza biorąc, geometrycznych. Jak nam jednak powiedziano, co piąta klatka filmu przenika głęboko do podświadomości oglądacza. Grubas po takim odwyku sięga po żarcie i aż go odrzuca, mdleje i rzyga, jak przy zalewaniu wódą esperalu.
Nie spodziewaliśmy się po medycynie naturalnej takiej brutalności.
O O O
Tropiąc medycznych cudotwórców, nie cofnęliśmy się przed niczym. Pozwoliliśmy, żeby bioenergoterapeuta machał nad nami wahadełkiem i leczył przez dotyk. Paliliśmy świece w uszach metodą Indian Hopi. Pojechaliśmy aż pod Częstochowę, żeby się poddać masażowi polinezyjskiemu Ma-Uri, który zapewnia osiągnięcie kosmicznej harmonii. Tylko do leczniczego picia moczu jakoś nie mogliśmy się przełamać.
Rzuca się w oczy, że na tym rynku wszyscy szkalują konkurencję. I tak specjalista od pszczół kabluje na magów z Tybetu, zatrudnionych w jedynej w Polsce autoryzowanej klinice medycyny tybetańskiej że nie mają pozwolenia na praktykę lekarską w naszym kraju, a nawet wątpliwe, czy w ogóle są lekarzami. Bioenergo donosi na psychoenergo, że tamten obstawia się nowoczesną techniką, bo nie ma własnej mocy uzdrowicielskiej. Wszyscy zaś solidarnie potępiają film z geometrycznymi obrazkami za posługiwanie się zakazaną na świecie techniką podprogową (obrazy pokazywane przez ułamki sekund zapadają w podświadomość).
W końcu człowiek wali do zgrzebnego lekarza z przychodni.Temu tak wszystko jedno, że chociaż nie pajacuje.
Dorota ZieliŃska
i zespół testatorów