Numer archiwalny
Jarosława  Milewczyka Blog Andrzeja Rozenka Blog Gadzinowskiego Bozena Dunat umiem sluchac

Półpapuga

Numer: 16/2010
Autor:
Strona: 12

Prawnik - zawód otwarty, że aż strach.

Studiowałam prawo na Uniwersytecie Gdańskim. Przez Kaczyńskich, bo uwierzyłam w gadkę, że dostęp do zawodów prawniczych będzie otwarty dla młodych i zdolnych. Ryjec ze mnie, bez trudu więc dostałam się na aplikację radcowską. Zajęcia zaczęły się w styczniu 2010 r. Poznaliśmy reguły. Pierwsza: obecność obowiązkowa, więcej niż 3 dni w łóżku i mamy rok w plecy. Druga: aplikant musi być zawsze elegancki. Przyjście w dżinsach i bez makijażu to wtopa. Jak Lacoste wypuszcza nowe buty, trzeba je kupić. Reguła trzecia: zawsze pamiętać o godności aplikanta. W tym celu należy wykasować profile z Naszej-klasy, Facebooka i innych portali. Niezbędne minimum - wyrzucić stamtąd swoje zdjęcia. O aplikacji nie należy za dużo mówić, a tym bardziej pisać, np. prowadzenie blogów jest surowo wzbronione. Rozgłos szkodzi godności. Wykłady odbywają się w czymś przypominającym salę gimnastyczną. Każdy ma krzesełko z podnoszonym pulpitem. Nagłośnienie fatalne. Jak próbujemy przestawić sprzęt, żeby lepiej działał, przylatuje woźny Mietek, wrzeszczy, zmienia ustawienia i znów nic nie słychać. Prowadzący wykład sędzia tylko wzrusza ramionami. Przy oknach poprzylepiane karteczki: Okna otwiera i zamyka obsługa. Znaczy to tyle, że jak dotkniemy okiennej klamki, wpada wrzeszczący pan Mietek. W sali 150 osób, podczas 7 godzin zajęć dwie 10-minutowe przerwy i 4 kible do naszej dyspozycji. W budynku jest ich więcej, ale pozamykane na klucz. Obsługa nie chce otwierać: albo się boi, że zdewastujemy, albo większa liczba sraczy nie licuje z godnością aplikanta. Jesteśmy zdolni, młodzi i pracowici: w sprawie warunków, w których nas edukują, piszemy mnóstwo skarg, podań, e-maili. Góra idzie na ustępstwo: proponuje, że może udekorować salę bukietami kwiatów. Konieczność zdania egzaminów z przedmiotów prowadzonych na aplikacji nie daje dostatecznej motywacji, żeby tam uczęszczać. Wykładowcy puszczają więc listy obecności. Podczas jednego wykładu dwie, żeby w trakcie ktoś nie zwiał. Zauważyli, że wpisujemy nieobecnych i porównują podpisy. Raz postawiłam parafę za kumpelę. Potem powtarzałam to przez kolejne dwa tygodnie, bo tak długo babsztyl bawił się w grafologa. Zajęcia trwają czwarty miesiąc, człowiek się uczy. Lekcja numer jeden: klient ma rację. Zawsze. Lekcja numer dwa: ludzie kłamią, klienci zawsze kłamią. Lekcja numer trzy: klient odchodzi, sędzia zostaje. Opłata za rok nauki to ponad 4,6 tys. zł. Na szczęście mam wujka w USA, któremu marzy się papuga w rodzinie. Ale o żarciu i butach Lacoste nie chce słyszeć. Szukam pracy najpierw w firmie zajmującej się windykacją należności. O tę samą posadę stara się koleżanka. Miała gorsze stopnie na studiach, zero staży (podczas gdy ja odbębniłam 6-miesięczny u komornika) i nie zna żadnego języka obcego (znam biegle dwa). Ale ona dostała pracę, a nie ja. Powód: nie jest aplikantem. Scenariusz powtarza się kilka razy. W końcu kumam - winne są przepisy. Ustawa gwarantuje aplikantowi tyle dni płatnego urlopu, czyli płatnych dni wolnych na naukę itp., że nikt przy zdrowych zmysłach nas nie chce. W końcu udaje mi się zahaczyć w kancelarii. Praca aplikanta: 12 godzin dziennie siedzenia przy biurku, limitowane wyjścia do kibelka. Poprzednia laska, którą zastąpiłam, odjechała z kancelarii karetką. Złapał ją skurcz czy może paraliż od nieruchomego tkwienia nad papierami, podobno po tygodniu hospitalizacji przeszło. Na samym początku pytam adwokata, ile zarobię. - Jesteś bezczelna - słyszę. Dostaję 200 zł miesięcznie na bilet na kolejkę miejską. Bez żadnych kwitów, zasilam więc polską szarą strefę. O umowie o pracę, zlecenie czy o dzieło aplikant może tylko pomarzyć. Chyba że ma plecy, czyli rodzinę w zawodzie. Krewni są w tej branży bardzo przydatni. Do mojego kolegi inni aplikanci zaczęli się odzywać dopiero wtedy, gdy podsłuchali, że jego tatuś jest dyrektorem w miejscowym sądzie. Tylko jedna koleżanka z roku miała sprecyzowane oczekiwania co do przyszłego zawodu: aplikacja sędziowska, potem określone stanowisko w Ministerstwie Sprawiedliwości. Na aplikację się oczywiście dostała, a o jej wymarzoną posadę też jestem dziwnie spokojna: jej matka pracuje gdzie trzeba. Z pracy u mecenasa wynoszę wiedzę, że kancelarie są lepsze i gorsze. Jak je rozróżnić? Kancelaria Kowalski i Nowak to na bank dno, ale kancelaria Rasputin-Chruściński i Brzęczyszczykiewicz jest OK. Obowiązuje zasada: im dziwniejsze nazwisko, tym lepszy specjalista. Jedynym wyjątkiem od tej zasady są te kancelarie, w których jeden ze wspólników ma nazwisko identyczne jak miejscowego sędziego. Wcale nie musi być dziwaczne. Rozstaję się z mecenasem. Spodnie spadają mi z tyłka, żeby przestać chudnąć, muszę mieć codziennie na trzy bułki i kefir. Przed kolejnymi potencjalnymi pracodawcami zatajam, że jestem aplikantem i będę nim przez 2,5 roku. Wygrywam wyścig o posadę kelnerki. Najlepsza dla mnie opcja, bo płatna i można coś zjeść za darmo.