
Orać Szwabem
Polscy chłopi resocjalizują młodych Niemców. Najpewniej nielegalnie. I w tajemnicy.
Miejsce: gminy Wiżajny i Rutka Tartak. Północno-wschodni koniec Polski, blisko granicy z Litwą i obwodem kaliningradzkim. Komórki przechodzą na litewską sieć Omnitel. Mało ludzi, dużo ziemi, złe drogi, lasy.
Wychowankowie: nieletni Niemcy, którzy w swoim kraju weszli w konflikt z prawem.
Wychowawcy: słabo piśmienni chłopi.
* * *
– Można wybrać podopiecznego jak konia na targu. Mają pozostać w Polsce kilka lat z prawem jednego telefonu miesięcznie do najbliższych. Nie wiadomo, co przeskrobali. Hans miał 16 lat. Opowiadał, że stał się ofiarą niemieckich policjantów, bo nie poznali się na żarcie. Poinformował ich, że ktoś wrzucił do czterystumetrowego szybu malutką dziewczynkę. Szukali kilka dni. To jest jego wersja wydarzeń, bo przecież mogło być tak, że dziewczynka istniała, została wrzucona do szybu i zrobił to nasz Hans – opowiadają w Urzędzie Gminy w Wiżajnach.
Chłopi przyjmują pod swój dach niemieckie dzieci. Podejmują trud i ryzyko, bo w gospodarstwie przydaje się dodatkowa para rąk, za które ktoś płaci. Jakie pieniądze wchodzą w grę – wójt Jerzy Gora nie wie. Odpowiada na pytania niechętnie, bo obawia się, że informacja o Szwabach może odstraszyć turystów. A przecież w tej chwili w gminie jest na stałe tylko dwóch Niemców. Do tego dwójka w sąsiedniej Rutce Tartak. Plus kilkunastu na wakacjach w podwiżajneńskich Stankunach, ale ci siedzą za żelaznym płotem, chyba pod opieką niemieckich pedagogów. Dzieci te przywozi Polak z Białegostoku Piotr Szmit, który kupił w Stankunach gospodarstwo.
* * *
Docieram do domów, w których przywracają na łono człowieczeństwa zbłąkane niemieckie owieczki.
– Niemiec?! Eeee... – mężczyzna macha ręką.
Do następnego gospodarstwa dzwonię.
– Niemieckie dziecko? Nie ma o czym mówić. – Trzask odkładanej słuchawki.
* * *
Pani Teresa prowadzi gospodarstwo agroturystyczne w podwiżajneńskiej wsi. Nikogo nie wypuści z domu bez kawałka chleba upieczonego na tataraku z miejscowego jeziora. Lubi ludzi. Parę lat temu Szmit zostawił u niej na kilka dni grupę niemieckich dzieci. Przy odbiorze zapytał: „Ile płacę?”
„Po jakieś dwadzieścia złotych wziąć za dniówkę?! – przemknęło jej przez głowę. – Trzeba chomąta koniom kupić, eternit na chlewie przecieka... Ale z drugiej strony Szmit buduje się po sąsiedzku. Dziesięć złotych powiedzieć? A może i to nie wypada?! Pięć złotych? Albo lepiej wcale. Dzieci niedużo, były krótko, pomogły przy sianie”. „Nic” – oświadczyła w końcu, a wtedy gość wyjął pękaty portfel. Odliczył banknoty. Stówka za sztukę za każdy dzień. „Czy aby nie za mało?! Czy krzywdy jakiejś nie ma?” – zapytał grzecznie.
Jeśli miała jakieś uprzedzenia narodowe, to one pierzchły. Dzieci lubi, swoich ośmioro wychowała. Dlatego zdecydowała się na Pawła. Miał zostać u jakiejś rodziny prawie trzy lata, do osiągnięcia pełnoletności. Wyrośnięty, niezgrabny 15-latek ze spojrzeniem mordercy. Był w Polsce tydzień, obejrzało go kilka małżeństw, bały się przyjąć pod swój dach. Klamka zapadła: Szmit odwozi go do Niemiec. W ostatniej chwili pani Teresa postanowiła: „Zaryzykujemy”. Pamięta: kończyła się jesień i roboty w polu. Sielankowe siedzenie przy piecu i telewizorze psuł Niemiec, który nie wyglądał na wdzięcznego. Nie umiał jeść widelcem. Nie wiedział, jak wziąć prysznic. Kiedy pierwszego wieczoru zagoniła do łazienki, w wymowny sposób przeciągnął palcem po swojej szyi. „Ciach” – usłyszała.
„Zareza nas” – nie miał wątpliwości mąż.

„Zacznie ode mnie. Ty nic do niego nie masz. Zanim mnie dobije, zdążysz uciec” – uspokoiła. Przed pójściem spać pozbierała wszystkie noże i schowała pod poduszkę. Robiła tak co noc, do wiosny. Przez kilkanaście nocy nie zmrużyli oczu. Dzieciak biegał po domu, otwierał wszystkie drzwi, zapalał światła i przeraźliwie krzyczał. Nie wiedział, że jajka mogą być w chlewie, bo znoszą je kury, nie rozumiał, że ziemniaki trzeba ugotować, zanim się je zje, ani że talerze po posiłkach wymagają mycia. Nie umiał słowa po polsku; oni ani w ząb po niemiecku. Gadali na migi. Cierpliwie stukała w jego talerz po zupie, potem w zlew, potem wstawiała talerz do zlewu. Minęło kilka tygodni, zanim pojął zależność i zbierał ze stołu brudne naczynia.
Oddaliby go, gdyby mieli gdzie. Odszedłby od nich, gdyby miał dokąd. Czasem ginął na kilka godzin. Ale co może zrobić najbardziej zbuntowany kilkunastolatek, gdy do najbliższego człowieka, którego można skrzywdzić, jest pół godziny drogi? Brak rówieśników, pieniędzy i znajomości języka gwarantował, że wyzwoli się z nałogów. Zamiast pomocy psychologów i pedagogów mieli czas. Mnóstwo czasu. Trwali zdani tylko na siebie. Przeżyli. Wiosną Paweł zaczął pomagać w polu. Uśmiechnął się po raz pierwszy, kiedy pozwolili mu prowadzić traktor. Po roku do pani Teresy mówił „mama”. Ani razu nie dzwonił do Niemiec. Mówił, że nie ma do kogo. Zapisali go na lekcje niemieckiego, bo tak kazał Szmit. Dwa razy w tygodniu wozili do nauczycielki w Wiżajnach. Pani Teresa upiekła mu tort na osiemnaste urodziny i było jej smutno, gdy Paweł odjechał. „Mama Teresa, kocham ciebie” – powiedział.
* * *
Redakcja „NIE”
do Ambasady Republiki Federalnej Niemiec: 5 lipca 2005 r. Rzecznik Prasowy Agnieszka
Borowska. W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej, bardzo proszę o wyjaśnienie:
1. Czy trudna młodzież niemiecka jest reedukowana w Polsce?
2. Jeśli tak, to w jaki sposób?
3. Czy jest sprawowany nad nią nadzór pedagogiczny?
4. Jak to jest unormowane prawnie?
Kilka dni potem pani Agnieszka mówi, że w ambasadzie nic o tym nie wiedzą. Może w konsulatach. Dwa tygodnie później okazuje się, że konsulaty też nie mają pojęcia o Pawle i jego rówieśnikach, bo milczą, choć wysłała odpowiednie zapytania.
* * *
Droga do Stankun piaszczysta, byle jaka. Po jednej stronie rzędem tablice „Granica państwa”. Kończy się Polska. Po drugiej – jeziora. Na początku wsi, za niewielkim lasem kilka zabudowań otoczonych wysokim metalowym płotem, który musiał kosztować majątek. Wszystkie domy nowe i śliczne. Jeden wygląda jak polski dworek, sąsiednie – jak pruskie koszary. Kolejne w budowie. Na podjeździe samochody z niemiecką rejestracją. Gromada mówiących po niemiecku nastolatków.
– Pani jest z gazety? Pana Szmita nie ma. Tylko żona. Chwileczkę – deklaruje ktoś z polskiej obsługi. Wraca po pięciu minutach. Pani Szmit nie chce rozmawiać. Jest zmęczona. Nie wiadomo, kiedy będzie pan Szmit.
Po tygodniu udaje mi się go dorwać przy telefonie.
– Nie będę rozmawiać z żadnym dziennikarzem – mówi.
Mimo to pytam: ile ma dzieci, skąd, może ma w Niemczech status rodziny zastępczej? Zabrał młodzież z domu dziecka czy może z poprawczaka? Na jakich warunkach? Jest w Niemczech wychowawcą czy znajomym wychowawcy? Czy dzieci przebywają w Polsce tylko na koloniach, czy zostają na dłużej?
– Żadnych pytań, żadnych odpowiedzi – przerywa. Nie jest specjalnie konsekwentny, bo na jedno pytanie jednak odpowiada. Deklaruje, że dzieci przyjeżdżają do Polski wyłącznie na wakacje.