
Oddam Gierka w dobre ręce
W poznańskiej restauracji Proletaryat Gierek w dobrym, bo własnym towarzystwie.
Edward Gierek przeprowadza się z Ujścia.
– Nie byłem w stanie upilnować – rozkłada ręce twórca i właściciel posadowionego na kółkach popiersia Marek Abramczyk.

Abramczyk ma około pięćdziesiątki. Jest bezrobotny. Żona prowadzi sklep z używaną odzieżą zachodnią sprzedawaną na kilogramy. Wiosną ubiegłego roku postanowił wybudować pomnik Edwarda Gierka. Skąd ten pomysł? Bo zwykłego człowieka szanował – uzasadnia. Jako legalista poszedł do ratusza.
– Gierek?! – zdziwili się. Zażądali kilogramów kwitów. – Trzeba wystąpić o zmianę warunków zagospodarowania przestrzennego, uzyskać pozwolenie na budowę...
– On nie będzie na trwałym postumencie, tylko na kółkach. Jak wóz Drzymały. Coś niedużego. Gierek nigdy się nie wywyższał, więc pomnik musi mieć skromny – oświadczył Abramczyk urzędnikom.
– To wzbudzi kontrowersje – próbował interweniować burmistrz Henryk Kazana.
– Tytuł inżyniera zdobył pan w tamtych czasach, stanowisko prezesa GS, mieszkanie. Wszystko pan mu zawdzięczasz – przypomniał Abramczyk.
* * *
Popiersie odlał razem z kolegą z chodzieskiej „Porcelany”. Pomocnik nie wziął od niego grosza. Sąsiad podrzucił za darmo trochę potrzebnych cegieł. Dzień przed referendum unijnym wypchnęli Gierka ze stodoły. Stanął przed domem. Między szyldem „odzież używana” a drogą krajową Poznań –Szczecin. Zebrała się gromada ludzi. Jedni mówili tak, inni siak.
– To jest mój ogródek. Krasnale można stawiać? To ja mogę Gierka – oświadczył.
Sołtys
z Mazur przysłał parę groszy: Wypijcie za zdrowie Gierka. Wrocławianin – amatorskie
nagranie uroczystości pogrzebowych I Sekretarza. Kobieta z drugiego końca Polski
– jakieś kłącza. Z karteczką: Posadźcie pod pomnikiem. Posadził. Kwiaty były
piękne, ale musiał wykarczować, bo wysokie i właziły Gierkowi w oczy.
Przychodziło też sporo listów. Niektóre zaadresowane na skróty. „Do pana, który ma pomnik Gierka”. Trzyma wszystkie.
Nadzieję na lepsze jutro pokładaliśmy w lewicy. Nic z tego.
Mam syna w Pana wieku i 3 wnuków. Ich matka odebrała sobie życie nie mogąc patrzeć na wynędzniałe z powodu braku chleba dzieci. Ich ojciec od 4 lat nie ma pracy. Są na moim utrzymaniu, proszę Pana Boga o moje zdrowie i życie. Nie wiem, co będzie, jak mnie zabraknie.
* * *
– Agresywny jest – mówią o Abramczyku w ratuszu.
Przed ostatnimi dożynkami powiatowymi w połowie września powiesił na płocie wielki transparent z napisem „Posłowie, senatorowie. Oddajcie swoje odprawy i marsz do roboty za 500 złotych”.
– Przyjechała poseł Beger, poseł Szejnfeld, senator Stokłosa, a przed moją chałupą tłum ludzi. Ale wszyscy się rozstąpili, żeby władza mogła sobie na napis popatrzeć. Do serca wziąć – opowiada.
Wymienioną na transparencie kwotę traktuje bardzo osobiście.
– Burmistrz przyznał, że dzięki pomnikowi rozsławiłem Ujście, i zabrał mnie kiedyś do Piły, żeby robotę znaleźć. Dostałem do wyboru dwie, obie za 500 złotych miesięcznie. Mogłem pracować w deszczu i na mrozie przy robotach drogowych albo stróżować. Nie wziąłem, na dojazdy wydałbym więcej. „Ile pan zarabiasz?” – zapytałem burmistrza. To jest w porządku, że więcej od stróża, ale niechby to było trzy razy więcej, a nie dwadzieścia. Ludzie nie mają rowerów, a Szejnfeld przyjechał Jaguarem. Niech powiedzą, jak zarobić takie pieniądze. Wtedy wszyscy bylibyśmy bogaci.
* * *
–
Zwykle po większych uroczystościach w kościele ktoś oblewa pomnik farbą. Bo
ja głośno mówię, że samorząd powinien dawać biednym zapomogi, a nie fundować
stacje w miejscowej Kalwarii. Leją farbą czerwoną, czerwono-białą, raz niebieską.
Czemu niebieską? Pewnie innej zabrakło. A jak nie mają farby, rzucają jajka.
Ostatniej nocy też rzucali – tłumaczy Abramczyk i prowadzi przed dom. Tym razem
jajka nie spoczęły na głowie I Sekretarza, ale na płocie. Na pewno leciały z
chodnika po drugiej stronie szosy. Ktoś źle wycelował albo został spłoszony
przez przechodniów.
– Była policja. Funkcjonariusz popatrzył, pokiwał głową. I tyle – mówi Abramczyk.
Kiedyś złożył w chodzieskiej prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie. Nie wykryli sprawcy. Cieszy się, że tym razem Gierka nie trzeba myć. Ani drapać i malować.
Wytrzymał z pomnikiem półtora roku.
– Rezygnuję, bo nie jestem w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa – mówi. Bez teściowej wymiękłby wcześniej. On wciąga do stodoły i maluje, ona z kobiecą cierpliwością pucuje sekretarza, bo przecież nie może stać brudny.
* * *
Robociarski Gierek opuści Ujście z honorem. Z zadupia trafi do serca Wielkopolski. Spod gołego nieba pod dach. Przy poznańskim rynku znajduje się knajpa Proletaryat, pełna PRL-owskich akcesoriów. Będzie miał godne towarzystwo. Drugiego Gierka zrobionego ręką artysty.
– Poprosiłem Mariana Pudełko z Nałęczowa, bo podobały mi się jego prace. „Mam inną specjalizację” – powiedział mi. Rzeźbi anioły, Kolbego, Janów Pawłów. „Gierek też dobry chłop był” – przekonywałem. Uległ. Wyszedł Gierek pogodny taki – opowiada Sławomir Cichocki, właściciel „Proletaryatu”.
Zamiast przyglądać się, jak kobiety wybierają w sklepie co lżejsze sweterki i kładą na wadze sprawdzając, czy zawartość wychudzonych portfeli wystarczy na pokrycie rachunku, Gierek z Ujścia będzie patrzeć na turystów sączących specjalnie dla nich warzone piwo Proletaryat. Oni lubią PRL nie dlatego, że są w nędzy, lecz wyłącznie z powodów sentymentalnych.