
Orać Szwabem cd.
Afera międzynarodowa: młody Niemiec miał dwukrotnie zgwałcić starą Polkę w Wiżajnach niedaleko granicy z Rosją i Litwą.
Przez
jeden dzień wiadomość ta stanowiła news podawany przez większość serwisów informacyjnych.
Raczej omijano powód, dla którego chłopiec znalazł się na podlaskim zadupiu.
Jeśli już, padało hasło: był w rodzinie zastępczej.
O tym, że polscy chłopi najpewniej nielegalnie i w tajemnicy resocjalizują młodych Niemców, pisałam półtora roku temu („NIE” nr 30/2005). Podejmują trud i ryzyko, bo w gospodarstwie przydaje się dodatkowa para rąk, za które ktoś płaci. Urzędnicy z gminy opowiadali mi, że można wybrać podopiecznego jak konia na targu. Mają pozostać kilka lat z prawem jednego telefonu miesięcznie do najbliższych. Nowa rodzina nie wie, czy zamordowali swoje matki, czy tylko brali maryśkę i katowali koty.
Rodziny zastępcze traktują swoją misję wychowawczą jak przechowywanie fajek z przemytu. Zgodnie z zasadą: Tisze jediesz, dalsze budiesz. Tylko pani Teresa przerwała zmowę milczenia. Przygarnęła 15-letniego Pawła. Nie umiał jeść widelcem. Nie wiedział, jak wziąć prysznic. Gdy pierwszego wieczoru zagoniła go do łazienki, w wymowny sposób przeciągnął palcem po swojej szyi. „Ciach”– usłyszała. Przed pójściem spać pozbierała wszystkie noże i schowała pod poduszkę. Robiła tak co noc. Nie umiał ani słowa po polsku; oni ani w ząb po niemiecku. Pani Teresa odniosła sukces. Po pół roku gówniarz mył gary i orał pole, po roku mówił do niej „mama”. Gdy po trzech latach wracał do Niemiec – płakał. Udało się, bo wychowała ośmioro swoich, którzy nauczyli ją cierpliwości, oraz dlatego, że nikt nie miał wyboru. Zamiast pomocy psychologów i pedagogów mieli czas. Mnóstwo czasu.
Niemieckie dzieci rozprowadza Piotr Szmidt. Przyjechał ze świata, kupił gospodarstwo w Stankunach, wybudował pensjonat, ma niemiecką żonę. Pan Piotr latem zeszłego roku oznajmił mi,że dzieci przyjeżdżają do Polski jedynie na wakacje. Pozostawało to w jaskrawej sprzeczności z opowieścią pani Teresy i wójta Wiżajn. Zwróciłam się do Ambasady Republiki Federalnej Niemiec. Pytałam, czy trudna niemiecka młodzież jest reedukowana w Polsce. Jeśli tak, to w jaki sposób? Czy jest sprawowany nad nią nadzór pedagogiczny? Jak to jest unormowane prawnie? Po dwóch tygodniach sprawdzania rzecznik prasowy Agnieszka Borowska odpowiedziała, że ani ambasada, ani konsulaty nic nie wiedzą o takim eksperymencie.
Do gwałtu miało dojść w nocy z 8 na 9 października 2006 r. Dwóch 50-latków piło wódkę. Z nimi Dominik C., obywatel Niemiec, lat niespełna 15. Obok w pokoju spała starsza pani.

Nie doszło do dramatycznych scen, które zakłóciłyby spokój sąsiadów. Rano do staruszki przyszła córka. Kobiecina opowiedziała jej, że młokos użył jej dwa razy. Bił po głowie i żądał pieniędzy. Panie udały się do lekarza, ten wezwał policję. Policja wnioskowała o umieszczenie gwałciciela i sprawcy rozboju w zakładzie poprawczym. Chłopak trafił do schroniska dla nieletnich pod Lublinem.
Nieoficjalnie dowiedziałam się, że z powodu stanu higienicznego narządów rodnych staruszki podczas pierwszego badania medyk nie był w stanie stwierdzić, czy doszło do gwałtu. Przyjęto go za pewnik, bo tak zeznali 50-latkowie, którzy bawili się w pokoju obok. W chwili zatrzymania mieli we krwi po dwa promile alkoholu.
Dominika C. reedukowała rodzina M. z Wiżajn. Pytam ich, jakim jest dzieckiem? Czy wierzą w oskarżenia? Jak to się stało, że nie zauważyli jego całonocnej nieobecności? Tłumaczą, że nie mają zwyczaju rozmawiać z dziennikarzami, a w szczególności z tygodnikiem „NIE”.
Telefon do Piotra Szmidta głuchy. Bramy pensjonatu w Stankunach zamknięte.
W biurze prasowym Ambasady Republiki Federalnej Niemiec rozkładają ręce. Przykro im z powodu gwałtu, ale attaché prasowy jest w Brukseli, a zastępca chory i to się nie zmieni przez dłuższy czas.